wtorek, 16 września 2014

Wtorek z kaszą #25: jaglany krem węgierkowo-czekoladowy


Ufff! Kolejny egzamin w życiu i kolejny raz do przodu. Od kilku tygodni nie mam ani chwili dla siebie, a rzadko nadchodzące przerwy wypełniałam odmóżdżającymi czynnościami. Dziś popołudniu, gdy okazało się, że już po wszystkim, siadłam na sofie i zastygłam. Co ja teraz będę robić? Bez wyrzutów sumienia, że eksperymentowanie w kuchni zabiera mi czas, bez odmawiania sobie przyjemności spotkań z przyjaciółmi? Doszłam do jednego- teraz dopiero będę żyć. 

Zabieram się więc po raz kolejny za węgierkowo-czekoladową jaglaną pastę. Z tygodnia na tydzień jest coraz słodsza, razem z dojrzewaniem węgierek. 

Gdy zrobiłam ją po raz pierwszy, mój mały kuzyn pieczołowicie wyjadał ją palcami, więc oddałam mu dwa słoiczki. Dziś ja ją będę wyjadać, bez wyrzutów sumienia, bo jej kremowość tworzy zmiksowana kasza jaglana, a słodycz pyszne owoce. Czekolada? No przecież gorzka:)

Jaglany krem węgierkowo-czekoladowy

- 500 g słodkich śliwek węgierek
- 200 g ugotowanej kaszy jaglanej
- 200 g gorzkiej czekolady
- ewentualnie miód
  1. Węgierki pozbaw pestek i pokrój na mniejsze kawałki.
  2. Włóż węgierki do dużego garnka i zacznij smażyć na dużym ogniu. Smaż ok. 5 minut, co jakiś czas mieszając aż węgierki puszczą sok.
  3. Zmniejsz ogień i gotuj jeszcze ok. 30 minut.
  4. Zdejmij garnek z ognia, daj kremowi ostygnąć i włóż go na 3-4 godziny do lodówki (można pozostawić na noc). Krem nabierze gęstości. 
  5. Po upływie tego czasu dodaj do kremu kaszę jaglaną i zmiksuj na gładką masę. 
  6. W kąpieli wodnej rozpuść gorzką czekoladę i dodaj do kremu z węgierek. Dobrze wymieszaj. 
  7. Słodki smak kremu zależy od tego jak słodkie były węgierki. Spróbuj, jeśli krem jest dla ciebie za mało słodki, dodaj do niego miodu. 

Śliwka

niedziela, 14 września 2014

Śniadanie do łóżka #153: Płatki jaglane na mleku z figami, śliwkami i miodem różanym


Uwielbiam kulinarne prezenty. Nic mnie tak nie cieszy jak przywiezione dary z podróży, czy stojący w moich drzwiach znajomi z całym kartonem przed chwilą zebranych w ogrodzie owoców. Apeluję więc do was, jeśli macie mi coś dobrego do dania, po prostu dajcie, nie zastanawiajcie się dłużej:)

Już jakiś czas temu teściowa przywiozła mi kilka prezentów z podróży po najpiękniejszych zakątkach naszego kraju. Niektóre zniknęły bardzo szybko (krówki z Sandomierza), a inne trzymałam na później, czekając na specjalną okazję. Wiele już produktów w ten sposób zmarnowałam, bo specjalna okazja nadchodziła później niż pleśń. Gdy pod koniec lata stałam w kuchni pochłaniając jogurt z jagodami i poziomkami, pomyślałam, że to jest właśnie moment, w którym powinnam otworzyć miód różany z Białowieży.

Jest przepyszny. Mam słabość do różanych produktów, uwielbiam ich aromat i smak. Świetnie komponuje się z owocami. Chyba wybiorę się w rejony Białowieży, aby dopaść jeszcze jeden słoiczek, gdy skończą mi się zapasy.

To był mój pierwszy eksperyment z płatkami jaglanymi. Według mnie są dużo lepsze niż owsianka, choć smakują podobnie. Już czuję, że jesienią będę się nimi ratować przed nadchodzącym chłodem.


 Płatki jaglane na mleku z figami, śliwkami i miodem różanym (1 porcja)

-30 g płatków jaglanych
- 250 ml mleka
- 3 duże szczypty soli

Dodatki:
- 1 figa
- 2 śliwki
- miód różany (można zastąpić zwykłym)

  1. Mleko wlej do garnka, wsyp płatki i sól. 
  2. Od momentu zagotowania się mleka gotuj ok. 5 minut na małym ogniu, cały czas mieszając. 
  3. Przełóż ugotowane płatki do talerza i poukładaj na nich pokrojone owoce. Całość polej miodem. 
Śliwka

piątek, 12 września 2014

Korzenny bulion z makaronem soba i pieczoną dynią







































Od kilku lat rozpoznaję zbliżającą się jesień w ten sam sposób. Oprócz wypatrywania gałązek koralowej jarzębiny i myślach o zmianie garderoby, przestawiam się na tryb wczesnojesienny w kuchni.
Zaczynam wtedy pić więcej herbaty, o której zapominam trochę latem i powracam do gotowania ukochanych zup, które w wakacje pyrkają na gazie o wiele rzadziej.

Od jakiegoś czasu nie kupuję kurczaków. W związku z tym zmienia się u mnie trochę forma przygotowywania bulionów. Nadal wykorzystuję do tego czasem wołowinę (szponder albo np. kości), ale zaczęłam również eksperymentować z samymi warzywami. Kilka dni temu postanowiłam zerknąć jak to robi Marta (Jadłonomia) i za sprawą jej wpisu na temat wege rosołu zabrałam się za swoją wersję. Wykorzystałam do tego masę przypraw korzennych, które również kojarzą mi się z otwarciem sezonu na jesienno-zimowe gotowanie.

Efekty przerósł moje oczekiwania! Gdy zabierałam się za gotowanie bulionu, nawet nie przyszło mi do głowy, że powstanie z tego wpis na blogu. Zupa tak mnie zaskoczyła swoim aromatem i głębokim smakiem, że postanowiłam podzielić się z Wami swoimi wskazówkami. 

Bulion podawałam z kostkami pieczonej dyni hokkaido, gryczanym makaronem soba i listkami świeżej mięty. Danie będę chętnie serwowała wszystkim znajomym mięsożercom, którzy twierdzą, że z samych warzyw i przypraw nie da się przygotować aromatycznego rosołu.








































Korzenny bulion z makaronem soba i pieczoną dynią hokkaido

  • 4-5 l wody
  • 4 duże lub 5 małych marchewek
  • 3 pietruszki
  • korzeń selera
  • zielone liście selera
  • zielone liście pora
  • natka pietruszki lub garść świeżej kolendry z łodygami
  • 2 cebule
  • 4 cm korzenia imbiru
  • ząbek czosnku
  • Przyprawy w I etapie:
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki sosu teriyaki (można pominąć)
  • 2 liście laurowe
  • łyżeczka ziarenek ziela angielskiego
  • łyżeczka pieprzu syczuańskiego lub czarnego
  • 4 goździki
  • laska cynamonu
  • 2 ziarenka kardamonu
  • łyżeczka ziarenek kolendry
  • łyżeczka ziarenek kminu rzymskiego
  • gwiazda anyżu
  • łyżka oleju roślinnego
  • Przyprawy w II etapie:
  • szczypta pieprzu cayenne
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki octu ryżowego (lub soku z cytryny)
  • łyżka oleju sezamowego (lub roślinnego np. rzepakowego)
  • 3 łyżki cukru trzcinowego 
  • świeżo mielony pieprz
  • sól
  • Do podania:
  • 1/2 dyni hokkaido
  • makaron soba
  • sezam
  • listki mięty
  1. Cebule kroimy w ćwiartki (nie musimy obierać), kładziemy na blasze przecięciem ku górze, wrzucamy obok plastry imbiru, obrany ząbek czosnku przecięty na pół i przyprawy z pierwszego etapu. Całość polewamy olejem i wkładamy na górną półkę rozgrzanego piekarnika. Pieczemy w 200 stopniach przez 10-15 minut.
  2. W tym czasie szykujemy warzywa. Pietruszkę, seler i marchewkę obieramy lub dokładnie szorujemy pod wodą i wrzucamy do garnka. Dodajemy liście pora, selera, natkę pietruszki i liście kolendry. Do garnka dodajemy podpieczone cebule z przyprawami. Całość zalewamy zimną wodą. Przykrywamy pokrywką lekko ją uchylając, stawiamy na małym ogniu i gotujemy 3 godziny.
  3. W tym czasie dynię hokkaido myjemy i kroimy w kostkę. Wrzucamy na blachę, skrapiamy olejem i pieczemy przez 20-30 minut w 200 stopniach. Studzimy.
  4. Makaron soba przygotowujemy według instrukcji na opakowaniu, przelewamy zimną wodą i studzimy.
  5. Po 3 godzinach przecedzamy bulion z przypraw i warzyw. Dodajemy szczyptę pieprzu cayenne, sos sojowy, olej sezamowy, ocet ryżowy, cukier trzcinowy, świeżo mielony pieprz i sól. Bulion podgrzewamy kilka minut, następnie go próbujemy i w razie potrzeby dodajemy więcej cukru, soli lub pieprzy do smaku.
  6. Do miseczek wkładamy makaron soba i kawałki dyni, posypujemy je sezamem. Wlewamy gorący bulion i podajemy go z listkami świeżej mięty.
Tosia

wtorek, 9 września 2014

Wtorek z kaszą #24: Dynia makaronowa faszerowana kaszą jaglaną i kokosowym szpinakiem








































Z roku na rok poznaję dynię na nowo. Początkowo moje dyniowe przygody polegały na łączeniu jej z różnymi smakami, na słodko, a także w kombinacjach wytrawnych. A obecnie ogromną przyjemność sprawia mi odkrywanie jej przeróżnych gatunków.

Z rozmów ze znajomymi wynika, że dynia kojarzy im się z przytachaniem wielkiej pomarańczowej kuli do domu, krojeniem jej kilka godzin i przerabianiem przez kilka dni, aby się nie zmarnowała. Po tygodniu jedzenia kremowej zupy z dyni, słodkiej dyniowej tarty i smażeniu placuszków z dynią przychodzi moment, kiedy przestaje smakować, a potem przychodzi zima.

Wasza znajomość z dynią może wyglądać zupełnie inaczej! Wystarczy, że poszukacie jej mniejszych gatunków lub będziecie kupować ją na kawałki. Dynie mogą leżakować w domu nawet kilka miesięcy, pod warunkiem, że nie zostaną rozkrojone. Przez dwa poprzednie sezony najchętniej gotowałam przepięknie pomarańczową hokkaido, którą można jeść ze skórką.
Niedawno na stoisku Dyniowe Love zakupiłam dynię piżmową, która zachwyciła mnie swoim smakiem oraz dynię makaronową, która zaskoczyła interesującym miąższem.

Po jej upieczeniu otrzymujemy z miąższu niteczki przypominające makaron, dlatego fantastycznie sprawdziłaby się w diecie bezglutenowej jako dyniowe spaghetti. Dzisiaj jednak postąpiłam z nią inaczej, przecież jest wtorek.. z kaszą! 
























































Dyniowe nitki połączyłam z kaszą jaglaną i szpinakiem duszonym w mleku kokosowym. Farszem wypełniłam wydrążone dynie, posypałam odrobiną tartego sera i krótko zapiekłam. Wyszło z tego przepyszne i aromatyczne danie.

Dynia makaronowa faszerowana kaszą jaglaną i kokosowym szpinakiem/ 2-4 porcje
  • dynia makaronowa
  • szklanka suchej kaszy jaglanej
  • 2 szklanki wody
  • 450 g mrożonego szpinaku (można zastąpić listkami świeżego)
  • 2 cebule
  • 3 ząbki czosnku
  • 1/2 papryczki chilli
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki sosu teriyaki (można zastąpić łyżką sosu sojowego i łyżką miodu)
  • 1/2 łyżeczki pieprzy cayenne lub ostrej papryki
  • 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • puszka mleka kokosowego
  • 6 łyżek tartego sera
  • 4 łyżki ziaren słonecznika
  • świeże listki kolendry
  • 2 łyżki oliwy
  • świeżo mielony pieprz
  • sól
  1. Dynię przekrawamy wzdłuż na pół. Łyżką wydrążamy środkiem, dynie kładziemy na blasze wyłożonej pergaminem (przecięciem ku dołowi) i wstawiamy do rozgrzanego pieca. Pieczemy przez 40 minut w 200 stopniach.
  2. Do rondla wsypujemy szklankę suchej kaszy, zalewamy 2 szklankami wody, dodajemy 1/2 łyżeczki soli i stawiamy na ogniu. Gotujemy ok. 10-15 minut, do momenty wchłonięcia płynu przez kaszę.
  3. W tym czasie na oliwie podsmażamy posiekane w piórka cebule. Po 3 minutach wrzucamy mrożony szpinak, zmniejszamy ogień i podgrzewamy 10 minut.
  4. Po tym czasie, do rozmrożonego szpinaku wrzucamy drobno posiekany czosnek oraz papryczkę chilli.
  5. Z upieczonej dyni wydrążamy miąższ, połowę siekamy i wrzucamy na patelnię, resztę odkładamy do innego dania. Wydrążone dynie odstawiamy.
  6. Do szpinaku i dyni dodajemy sos sojowy, sos teriyaki, pieprz cayenne, gałkę muszkatołową, sól i świeżo mielony pieprz. Po kilku minutach wrzucamy ugotowaną kaszę i podsmażamy minutę.
  7. Następnie wlewamy mleko kokosowe, dodajemy ocet ryżowy i dusimy całość na małym ogniu kilka minut.
  8. Na koniec próbujemy farszu, w razie potrzeby przyprawiamy go solą i pieprzem do smaku.
  9. Wydrążone dynie faszerujemy szpinakiem z kaszą. Wierzch posypujemy tartym serem i zapiekamy w 200 stopniach przez 10 minut.
  10. Upieczone dynie posypujemy ziarnami słonecznika i listlami kolendry.
Tosia

niedziela, 7 września 2014

Śniadanie do łóżka #152: Pieczone croissanty z kremem pistacjowym i figami






































Po tygodniu pełnym wrażeń marzyłam o spokojnym i leniwym śniadaniu w domu. Bez pośpiechu, bez hałasu, tylko ja i on. Tak zaplanowany poranek musi być wyjątkowy, ale do pełni radości brakowało jeszcze wspaniałego posiłku.

Mam to ogromne szczęście, że kilka dni temu dostałam od przyjaciółki słoiczek kremu pistacjowego prosto z Sycylii, bo doskonale wiedziała, że za nim szaleję. W Polsce jest trudno dostępny, a ten przygotowany w domu (przepis) jest niezły, ale czegoś mu jednak brakuje.

Podobnie jak w sytuacji zdobycia kwiatów cukinii, poczułam lekką tremę do produktu. Początkowo chciałam upiec sernik lub zjeść krem po prostu w towarzystwie chrupiących naleśników. Potem jednak do głowy przyszedł mi jeszcze lepszy pomysł.























Inspiracją dzisiejszego śniadania był dla mnie francuski deser - croissants aux amandes. To lekko czerstwe rogaliki polane syropem cukrowym, posmarowane kremem migdałowym i posypane płatkami migdałowymi. Moja wersja to croissants aux pistaches.

Ich środek wypełnia wcześniej wspomniany krem pistacjowy, ale także plastry soczystych fig. Wierzch polałam syropem waniliowym, który sprawił, że ich skóra stała się przyjemne chrupiąca i lśniąca. Zabrakło mi tylko pistacji do posypania rogalików, ale na pomoc przyszedł mi sezam, który nie od dziś lubi się z figami. 

Śniadanie poezja, a jest niezwykle proste w przygotowaniu.

Pieczone croissanty z kremem pistacjowym i figami/ 4 sztuki
  • 4 czerstwe croissanty
  • 4 łyżki kremu pistacjowego (przepis na domowy krem tutaj)
  • 2-3 figi
  • łyżka sezamu do posypania (lub pistacji/płatków migdałowych)
  • Syrop waniliowy:
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1/2 szklanki wody
  • 1/2 laski wanilii
  1. Do rondla wsypujemy cukier, wydrążone ziarenka wanilii oraz samą laskę. Wlewamy wodę i podgrzewamy przez kilka minut, czekając aż zgęstnieje, a cukier się rozpuści.
  2. Croissanty przekrawamy wzdłuż na pół, uważając, aby nie przeciąć rogalików do końca.
  3. Ich środek smarujemy kremem pistacjowym i wykładamy plastrami fig.
  4. Wierz rogalików polewamy syropem i posypujemy sezamem.
  5. Croissanty zapiekamy przez 10 minut w 190 stopniach.
  6. Serwujemy od razu!
  Tosia

piątek, 5 września 2014

Panzanella z zielonymi pomidorkami i pieczoną papryką








































Ostatnio mam okazję spełniać swoje fantazje kulinarne, które nie mogły zostać wcześniej zrealizowane ze względu na trudności w zdobyciu odpowiednich produktów. Jeszcze rok temu wszędzie w Trójmieście szukałam kwiatów cukinii, zielonych pomidorów, ciekawych odmian dyni czy karczochów. A w ciągu ostatnich tygodni, niektóre z nich mogłam podziwiać nawet w kilku miejscach. Bardzo mnie to cieszy.

W zeszłym tygodniu miałam okazję przygotowywać przekąski inspirowane książkami i bohaterami literackimi w ramach wydarzenia "Noc Czytania na Targu Węglowym". Ułożenie menu zajęło mi trochę czasu i bardzo żałowałam, że nie miałam dostępu do wyjątkowych pomidorów, aby zrobić smażone, zielone pomidory.







































A w tym tygodniu, w trakcie krótkiej wycieczki do Warszawy, trafiłam trochę przypadkiem na targ, który chciałam już odwiedzić od dawna. Stoiska przed Fortecą u Kręglickich uginały się od cudownych produktów, a ja żałowałam, że nie mogę z nimi wszystkimi wrócić do Gdyni. Wybrałam między innymi kilka garści zielonych pomidorków koktajlowych i po powrocie do domu zaczęłam rozmyślać co z nimi zrobić.

Postanowiłam, że nie będę ich smażyć, ponieważ są za małe. Chciałam zrobić coś prostego, co nie zabije ich smaku, dlatego postawiłam na klasyczną "sałatkę" toskańską - chlebową Panzanellę. Jej głównym składnikiem jest oczywiście podpiekane, czerstwe pieczywo (u mnie ulubiona domowa bagietka na zaczynie poolish), ale także dojrzałe pomidory. Wybrałam do tego słodkie pomidory malinowe, które świetnie kontrastowały smakowo i kolorystycznie z jędrnymi i lekko kwaskowatymi pomidorkami koktajlowymi.


Panzanella z zielonymi pomidorkami i pieczoną papryką /4-6 porcji
  • bagietka lub 1/2 chleba na zakwasie (najlepiej czerstwa/y)
  • 2 pomidory (u mnie malinowe)
  • garść zielonych pomidorków koktajlowych (ok. 20 sztuk)
  • papryka
  • czerwona cebula
  • 3 łyżki kaparów
  • ząbek czosnku
  • 3 łyżki oliwy
  • łyżka ziół prowansalskich lub oregano
  • świeże zioła: bazylia, szałwia, mięta
  • kilka łyżek tartego sera (np. parmezanu) 
  • kilka łyżek oliwy
  • Dressing:
  • łyżka syropu z agawy lub płynnego miodu
  • 2-3 łyżki soku z cytryny
  • łyżeczka octu balsamicznego
  • łyżka musztardy dijon lub sarepskiej
  • 5-6 łyżek oliwy
  • sól, świeżo mielony pieprz
  1. Paprykę myjemy, osuszamy, kładziemy na blasze, polewamy oliwą i pieczemy przez 20 minut w 200 stopniach. Po tym czasie wkładamy ją do foliowej torebki, następnie ściągamy skórkę i kroimy w paseczki.
  2. Bagietkę kroimy w kostkę lub rwiemy na małe kawałki. Wrzucamy do misy, polewamy oliwą, dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek, oregano lub zioła prowansalskie, szczyptę soli i świeżo mielony pieprz. Całość mieszamy i przekładamy na blachę wyłożoną pergaminem. Pieczemy przez 10 minut w 200 stopniach.
  3. W tym czasie cebulkę kroimy w piórka, pomidory w kostkę.
  4. W słoiku umieszczamy wszystkie składniki dressingu, zakręcamy i potrząsamy aż otrzymamy gładki sos.
  5. W dużej misie mieszamy upieczone grzanki, paprykę, cebulę, pomidory, odsączone z zalewy kapary. Składniki polewamy sosem, mieszamy. Posypujemy tartym serem i listkami świeżych ziół. Serwujemy od razu.
Tosia

środa, 3 września 2014

burczymifon - sierpień

Okiem Tosi (instagram @tochabrocha)

| bliżej niż myślisz | burczymiwbrzuchu na nocy czytania | dyniowe love | jabłkowe opowieści | kaktus w drodze | na herbatce u babci | nie śpię bo lepię pierogi | piękne stoisko gospodarstwa przytoki | śniadanie do łóżka | śniadanie z przyjaciółmi | testujemy aleję 40 | zbieramy smutne mirabelki | 

Okiem Śliwki (instagram @sliwkamarta)

| koniec lata? nie sądzę | smoothie time | w drodze | ukochane kaszuby | cały dom pachnie chlebem | kolory od gospodarstwa przytoki | owoce z miodem różanym z białowieży | dirty pleasures | przytoki raz jeszcze | placuszki cukiniowe w tupocie mew | czas na kawę | falafel od muka bar

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...